Kultura

Oscary 2020. Najlepszy film międzynarodowy.

W oczekiwaniu na oscarową galę i trzymając mocno kciuki za „Boże Ciało”, warto wybrać się do kina. Oto, jakie filmy konkurują w kategorii najlepszy film międzynarodowy.

„Ból i blask”

Pedro Almodovar przez lata przyzwyczaił nas do rozbuchanego, kolorowego, pełnego ekscentrycznych i nietuzinkowych postaci kina. „Ból i blask” jest jednak inny. Wyciszony i melancholijny. To odmienny, niż dotychczas Almodovar. Dojrzalszy i bardziej refleksyjny, choć bynajmniej nie pozbawiony artystycznego pazura i charakteru. Grana przez Antonio Banderasa postać reżysera Salvadora Mallo to, po trochu Almodovar, po trochu sam Banderas, lecz również i każdy człowiek, który zetknął się z kryzysem przemijania.

Filmowy Mallo rewiduje swoje wspomnienia i ucieka wstecz do najbliższych mu osób. Chce także jeszcze pożyć i zasmakować szaleństwa. W swoim bólu, pragnie doświadczyć również i blasku. To jest film, który długo i pięknie w duszy gra. Tematem, obrazem, dźwiękiem i wirtuozerską grą aktorów. Antonio Banderas jest na szczycie swojego geniuszu, a Penelope Cruz jest tak piękna, jak tylko potrafi ją ukazać mistrz Almodovar.

„Parasite”

Koreański obraz, w wielu rankingach typowany jest na zwycięzcę oscarowego rozdania. Ja szczerze przyznaję, że nie należę do szerokiego grona fanów tego filmu. Doceniam jednak kunszt artystyczny, który za „Parasite” stoi. W skrócie, jest to historia pewnego przekrętu, w wyniku którego chłopak z nizin społecznych, dostaje pracę korepetytora w bogatym domu. Szybko odnajduje się w słabościach nowego otoczenia i wykorzystuje je do znalezienia pracy dla kolejnych członków własnej rodziny.

„Parasite” to prawdziwie wybuchowa mieszanka gatunków. Chwilami jest to lekka komedia, podlana obficie czarnych humorem. Bywa też prawdziwym thrillerem z zaskakującymi zwrotami akcji. W ogromnej mierze jest to jednakże przestroga, moralistyczna opowieść o nierównościach świata.

Głównym uczuciem jakie towarzyszyło mi oglądając „Parasite” był lęk. Bolesny wręcz strach, że w kolejnej scenie, cała ta misternie układana sieć kłamstw runie i obnaży bohaterów. Być może, właśnie na tym polega geniusz tego filmu, że niczym „pasożyt” wgryza się w widza i nie pozwala spokojnie usiedzieć w fotelu…

„Nędznicy”

Najmocniejszy i najbardziej gorzki obraz w tym zestawieniu. Francuski kandydat do Oscara, który nie tylko tytułem nawiązuje do znanej powieści Victora Hugo. Film i książkę łączy również miejsce akcji (podparyskie Montfermeil) i nade wszystko „nędza” bohaterów. Od mieszkańców, po ich dzieci i policjantów, którzy codziennie, w ogromnym stresie patrolują miejsca, do których paryżanie z najbogatszych dzielnic się nie zapuszczają.

Film powala autentycznością. Został zagrany w ogromnej mierze przez amatorów – mieszkańców Montfermeil. Wyreżyserował i wyprodukował go również chłopak z dzielny – Ladj Ly, dla którego jest to debiut fabularny. Wcześniej pracował bowiem nad dokumentami oraz podobnie, jak jeden z bohaterów „Nędzników”, skrycie nagrywał pracę policjantów. A „kamera” właśnie i czasem przypadkowo zarejestrowany na niej obraz jest ogromną bronią…

Ladj Ly nazywa swój film „głęboko patriotycznym”. Dotyka wszakże jednego z najbardziej palących i niekiedy wręcz płonących problemów – jak zaradzić całkowitej degradacji podmiejskich, kolorowych dzielnic. Film niezbędny do zrozumienia współczesnej Francji.

„Kraina miodu”

Z przeludnionych przemieści Paryża przenieśmy się do miejsc niemal bezludnych. Właśnie na takich, oddalonych od cywilizacji i trudno dostępnych obszarach, zrealizowana została macedońska propozycja „Kraina miodu”. Jest to film, który (uwaga!) jest dokumentem, pomimo że jego kompozycja sprawia, że ogląda się go, niczym piękną, fabularyzowaną baśń. Udowadnia tym tylko, że najwdzięczniejsze historie potrafi pisać samo życie.

„Kraina miodu” wiedzie nas przez cykl czterech pór roku z życia pszczelarki Hatidze. Mieszka ona z chorą matką, w wiosce na bezludziu, gdzie nie ma elektryczności, ujęcia wody i do której nie prowadzi żadna przejezdna droga. Pewnego dnia, tuż obok jej domu pojawiają się sąsiedzi. Jest to głośna i wielodzietna rodzina, która przyciąga za sobą tyleż samo kłopotów, co radości.

Magnetyzm „Krainy miodu” kryje się w sile przyrody. Po pierwsze, film zachwyca zdjęciami górskich, wielokolorowych i bezkresnych pejzaży. Po drugie, niesie w sobie silne ekologiczne przesłanie. O tym, jak ważna i krucha jest równowaga w naturze i jak niewiele potrzeba, aby ją naruszyć. Mnie, dodatkowo zachwyciła główna bohaterka. Spokojem i pogodzeniem się z losem. Nie protestuje nad swoją samotnością, pomimo że uwielbia rozmawiać, śmiać się i przebywać z ludźmi… Jest jednym z elementów przyrody, na równi z pszczołami, które ją zewsząd otaczają.

„Boże Ciało”

Na koniec, mój oczywisty (nie tylko z powodów patriotycznych) faworyt. „Boże Ciało” Jana Komasy, czyli historia fałszywego księdza, który rewolucjonizuje życie małej wsi na południu Polski. Film jest wciągający, szczerze zabawny, jak też poważny oraz niekiedy brutalny. A co najważniejsze, jest on wiarygodny i wzruszający nie tylko dla polskich widzów, ale również dla szerokiej publiczności na świecie.

Za głównym bohaterem kryje się Bartosz Bielenia – aktor z niebieskimi, płonącymi oczami, który gra niczym natchniony. Ma za sobą ciemną historię i zbrodnię, której konsekwencje będzie ponosił do końca życia. Pomimo to, przy nadarzającej się okazji, wykorzystuje możliwość wejścia w cudzą i niedostępną dla siebie rolę. Oszukując i odgrywając duchownego, paradoksalnie wnosi wiele dobrego zamętu do straumatyzowanej społeczności.

Popularność „Corpus Christi” dowodzi rosnącej potrzeby duchowości naszego zmaterializowanego i nowoczesnego świata. Film otwiera ludzi na szereg pytań i na długo zostaje w głowach…. Oby również zaskarbił sobie życzliwość członków amerykańskiej Akademii Filmowej.

https://www.facebook.com/Poliglotteblog/

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: